O tym filmie głośno było jeszcze zanim trafił do kin. Dobór obsady, pierwsze zdjęcia i wypowiedzi twórców komentowali nie tylko widzowie i dziennikarze popkulturalni, ale również historycy i filologowie. Nic dziwnego, gdy jeden z najpopularniejszych reżyserów Hollywood sięga po jedną z najważniejszych historii kręgu kultury zachodniej. Dziś, po solidnym szumie medialnym, sami możemy zmierzyć się z „Odyseją” w kinach. Podczas tej podróży Christopher Nolan zrobi zaś wszystko, byśmy pozostali wbici w kinowy fotel.
O czym jest „Odyseja”?
Na początek warto odświeżyć sobie podstawą linię fabularną, która w filmie wcale nie jest aż tak oczywista. Akcja „Odysei” dzieje się tuż po zakończeniu wojny trojańskiej, która to wywołana została uprowadzeniem pięknej Heleny przez syna króla Troi. Nie wdając się w szczegóły, które, choć bardzo interesujące, na tym etapie już nie są nam niezbędne, wystarczy powiedzieć, że obleganą przez dekadę Troję ostatecznie udaje się pokonać za sprawą fortelu wymyślonego przez Odyseusza. Wprowadzony w mury miasta koń trojański posiadał w swym wnętrzu ukrytych wojowników, którzy pod osłoną nocy wymordowali Trojan i zwyciężyli w bitwie. Niestety podstęp miał też swoje konsekwencje, przedstawione właśnie w „Odysei”: wieloletnie przygody Odyseusza na morzu, które kończą się tragicznie dla całej jego załogi.

„Odyseja” Nolana to starożytna Grecja po amerykańsku, bo cała obsada składa się z gwiazd anglojęzycznych: w postać Odyseusza wciela się Matt Damon, Penelopa to Anne Hathaway, a ich synem Telemachem został Tom Holland. Już od pierwszych kadrów filmu można wyczuć, że przy jego produkcji nie oszczędzano na środkach. Zachwycają kadry, dobrą robotę robi muzyka, a przy tym film Nolana zgrabnie balansuje pomiędzy dynamiką, akcją i przygodą. Z tego też powodu oglądając „Odyseję”, musimy przygotować się na wiele uproszczeń względem homeryckiego oryginału. Czy to źle? Nie jestem przekonany, bo przecież idąc do kina, wcale nie spodziewamy się dostać dosłownego przełożenia starogreckiego eposu. Nie brakuje jednak głosów krytycznych. Film nie spodobał się między innymi dziennikarzowi „Die Welt”. Alan Posener, nie przebierając w słowach napisał, że filmowa „epopeja zdołała być jednocześnie kiczowata i pozbawiona emocji” (przedruk recenzji przeczytać można na łamach Onetu). Tak ostre słowa nie zachęcają i gdybym przeczytał je przed seansem, pewnie skłoniłyby mnie do znacznie większego sceptycyzmu. Tymczasem najnowsza „Odyseja” w dużej mierze mnie przekonała. Dlaczego?
Historia Odyseusza to kara za brak gościnności
Okazuje się, że w hollywoodzkiej wersji opowieści o królu Itaki wciąż odczytać można jedno z kilku ważnych homeryckich przesłań. To, co zwróciło moją największą uwagę, to wielokrotnie przywoływany przez bohaterów obowiązek gościnności – jednego z najważniejszych praw rządzących światem dawnych Greków. Prawo gościnności nakłada obowiązki zarówno na gospodarza, jak i na gościa. Gospodarz musi u-gościć przybysza, jednak gość także nie może szkodzić gospodarzowi. Prawo to w „Odysei” wielokrotnie zostaje naruszone (zarówno przez głównego bohatera, jak i np. przez zalotników Penelopy), za co – co oczywiste w świecie greckich mitów – czekają nieuchronne konsekwencje ze strony bogów. Problem gościnności – otwarcia swojego domu wobec Innego, a zatem zmierzenie się ze swoimi obawami czy uprzedzeniami – staje się niemożliwie aktualny w perspektywie obecnych wydarzeń geopolitycznych. Przy tym w gościnności nie możemy zapomnieć o respektowaniu gospodarza, jego praw i zasad. Gościnność wiąże się z pełną napięć relacją między gospodarzem a Obcym.

Myślę, że zgadza się to choćby częściowo z wypowiedzią prof. Marka Węcowskiego w podcaście „Polityki”. Węcowski, którego książka „Homer na nowe czasy” właśnie ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak, wskazywał, że siłą eposów Homera jest między innymi ich aktualność wobec trwających wciąż wojen i niepokojów społecznych. Jednocześnie w filmie Nolana odnaleźć możemy znacznie prostsze, bardziej uniwersalne przesłania, jak chociażby alegorię ludzkiego życia jako pełnej przeciwności podróży Odyseusza. Choć z jednej strony grecki bohater jest kowalem własnego losu, z drugiej – za popełnione błędy musi ponieść nieuniknioną karę. Tym samym przygody Odyseusza wskazują na różne oblicza ludzkiej kondycji, konieczność pogodzenia się z cierpieniem, nabycia mądrości z niego wynikającej.
Czy warto zobaczyć „Odyseję” Nolana?
Z takimi przemyśleniami można wyjść po seansie „Odysei”, ale to nie zamyka możliwości różnych interpretacji tej historii. Najważniejsze, że najnowszy film reżyserii „Oppenheimera” daje nam na to szansę, choć pewnie nie wszyscy się ze mną zgodzą. Owszem, możemy mieć wątpliwości co do kostiumów, uładzonych, ocenzurowanych wątków z życia Odyseusza i ogólnej wierności literackiemu oryginałowi, jednak… czy rzeczywiście o to powinno nam chodzić? Dla mnie ważniejsze jest to, że dzieło Homera wciąż żyje.







Dodaj komentarz